• W ubiegłych dekadach polskie szpitale posiadały niemal 100 oddziałów zakaźnych. Wiele z nich uznano za zbyteczne. Obecnie jest ich nieco ponad 70
  • Po rekomendacjach zespołu z udziałem prof. Chomiczewskiego przygotowano w kilku miastach oddziały dla osób cierpiących na niebezpieczne choroby. W Warszawie przygotowano… cztery łóżka
  • Po czystkach kadrowych tuż przed wybuchem epidemii w Wojskowym Instytucie Higieny i Epidemiologii laboratorium jest w stanie badać próbki, ale tylko na jedną zmianę
  • Brak wykwalifikowanego personelu w laboratoriach powoduje zagrożenia. W Zabrzu wyszły 63 fałszywie dodatnie testy. Powodują one zamykanie oddziałów szpitalnych. Jeszcze groźniejsze są testy fałszywie ujemne
  • Nawet najprostsza maska skutecznie chroni przed wirusem po zanurzeniu w roztworze soli
  • Prof. Chomiczewski jest przekonany, że epidemia koronawirusa nie jest ostatnią epidemią za naszych czasów

Profesor Krzysztof Chomiczewski jest jednym z najbardziej doświadczonych epidemiologów w Polsce. W latach 1996-2002 kierował Wojskowym Instytutem Higieny i Epidemiologii. Po atakach terrorystycznych z użyciem wąglika w USA wszedł w skład Zespołu Konsultacyjnego ds. Oceny Zagrożeń Biologicznych przy Biurze Bezpieczeństwa Narodowego (BBN).

W rozmowie z Onetem prof. Chomiczewski tłumaczy, dlaczego podczas obecnej epidemii nie korzysta się z tamtych doświadczeń i zaleceń oraz wyjaśnia dlaczego Polska nie jest przygotowana na tę epidemię. Mówi też, dlaczego planowane wybory są ogromnym zagrożeniem dla zdrowia i życia ludzi. Radzi, jak w prosty sposób zwiększyć skuteczność najprostszych maseczek i ostrzega, że przyroda wciąż jest zdolna do zgładzenia ludzkości w jednej chwili.

Jak rozłożyliśmy oddziały zakaźne

W 2003 roku powstał z pańskim udziałem Zespół Konsultacyjny ds. Oceny Zagrożeń Biologicznych. Jego rolą była nie tylko ocena bieżących zagrożeń, ale także tworzenie wytycznych do przeciwdziałania tym zagrożeniom. Dlaczego tamten zespół przestał istnieć?

On powstał w momencie, w którym rządzący mieli realne powody, żeby obawiać się zagrożeń biologicznych. W 2001 roku doszło w USA do ataków terrorystycznych z użyciem wąglika w przesyłkach pocztowych. Rok później wybuchła na świecie epidemia SARS. Ówczesny szef BBN Marek Siwiec powołał taki zespół w reakcji na te zagrożenia. Zespołem kierował bardzo sprawnie prof. Stanisław Majcherczyk. Ponieważ w kolejnych latach nie pojawiły się tak wielkie zagrożenia, więc jak to często bywa, rządzący uznali zespół za zbyteczny.

Ale przecież w międzyczasie wzrosło zagrożenie wirusem eboli, potem pojawiły się MERS i afrykański pomór świń.

Owszem, ale w międzyczasie zmieniły się rządy i prezydenci. BBN pod nowym kierownictwem skupił się na nowych systemach dowodzenia i organizacji sił zbrojnych, a zagrożenia biologiczne przestały być obiektem zainteresowania. Nasz zespół wygasł drogą naturalną. Formalnie żaden z nas nie dostał ani żadnego podziękowania, ani wypowiedzenia. Zespół po prostu przestał istnieć gdzieś koło 2011 roku.

Mamy jednak nowe zagrożenie epidemiczne, chyba największe za naszego życia. Czy obecnie powstał podobny zespół?

Od wielu lat nie mam kontaktu z BBN, ale znam wielu ludzi z tej branży, więc gdyby taki zespół istniał, to coś bym o tym wiedział.

Pański zespół przygotował wytyczne na wypadek pojawienia się epidemii. Ile z tych wytycznych zostało zrealizowanych?

Bardzo niewiele i tylko w początkowym okresie od ich powstania. W kilku wojewódzkich szpitalach zakaźnych zorganizowano małe pododdziały przystosowane dla pacjentów cierpiących na choroby zakaźne szczególnie niebezpieczne. Na tych pododdziałach były spełnione wszelkie kryteria bezpieczeństwa biologicznego III klasy – podciśnienie na sali chorych z filtrami powietrza, respiratory z zamkniętym obiegiem powietrza, kombinezony dla personelu. Na koronawirusa wciąż nie ma szczepionki, ale też nie ma potrzeby stosowania tak ścisłych obostrzeń. Jednak chorzy na koronawirusa mogliby być leczeni w takich pomieszczeniach.

Ile takich pododdziałów i miejsc powstało?

Pododdziały stworzono w klinikach chorób zakaźnych w Warszawie, Gdańsku, Wrocławiu i Chorzowie. Niestety, mimo uchwały Rady Ministrów Nr 322/2003 z 30 grudnia 2003 roku, która zaleciła utworzenie takich oddziałów we wszystkich ośrodkach klinicznych i przyznała środki na ten cel, więcej takich oddziałów nie zorganizowano. Warszawski pododdział liczył cztery łóżka, a w pozostałych miastach to też były podobne liczby.

Czyli przy skali obecnej epidemii to była kropla w morzu potrzeb.

Ale nawet tych nielicznych miejsc dyrektorzy nie byli w stanie utrzymać finansowo. To były pododdziały z pełnym zabezpieczeniem – śluzami, pełną dezynfekcją, możliwością utrzymania podciśnienia, bezpiecznym systemem odprowadzania ścieków itd. To wszystko trzeba było konserwować, a dyrektorzy szpital ledwie wiązali koniec z końcem. Skończyło się tak, że te pododdziały służyły zwykłym pacjentom, bez konieczności włączania tych wszystkich specjalnych systemów.

Można więc powiedzieć, że w obecną epidemię weszliśmy bez przygotowania na poziomie infrastruktury szpitalnej?

Problem jest szerszy. Wprawdzie budowane w latach 50. oddziały zakaźne posiadały specjalne sale z osobnymi wejściami, przejściami przez śluzy i własnymi węzłami sanitarnymi, więc można było tam izolować pacjentów. Ale choroby zakaźne od dawna nie cieszyły się w Polsce specjalnym uznaniem, więc dużą część tych oddziałów zakaźnych po prostu zlikwidowano. Tych oddziałów było w Polsce niemal 100, a obecnie jest ich nieco ponad 70. Także specjalizacja z zakresu chorób zakaźnych nie cieszyła się specjalnym zainteresowaniem.

Personalna rzeź w wojskowym laboratorium

Rządzący uważali, że kolejna epidemia nigdy nie nadejdzie?

Nie mogli na to liczyć, bo w największych czasopismach naukowych od lat pojawiały się prace wybitnych epidemiologów, którzy twierdzili, że kwestia kolejnej pandemii wywołanej przez nieznanego, ale groźnego wirusa, jest tylko kwestią czasu.

Jednym z najważniejszych laboratoriów w Polsce przygotowanych do badania takiego wirusa jest to w Wojskowym Instytucie Higieny i Epidemiologii (WIHE) w Puławach, którego przez sześć lat był pan komendantem. W jakiej ono obecnie znajduje się kondycji?

Puławy znowu działają po miesięcznej przerwie spowodowanej rzezią personalną, o której zresztą państwo pisaliście.

Pisaliśmy o tym w artykule “Czystki i bałagan w wojskowym instytucie, który ma walczyć z koronawirusem“. Tam na samym początku epidemii w Polsce minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak usunął ze stanowisk kierownika i najwybitniejszego specjalistę w tym zakresie. Czy ono już działa na takich obrotach jak przed zwolnieniami?

Nowy szef jest wprawdzie chemikiem, ale dobrze zorientowanym i przywrócił laboratorium do działania, aczkolwiek ono wciąż pracuje na jedną zmianę, podczas gdy laboratorium tej samej klasy w Państwowym Zakładzie Higieny w Warszawie działa 24 godziny na dobę.

Dlaczego laboratorium w WIHE nie jest w stanie pracować pełną parą?

Przyczyną jest brak wykwalifikowanego personelu. Po zmianach personalnych w WIHE ten problem widać szczególnie wyraźnie. Ale on dotyczy całego kraju. Ten personel jest obecnie intensywnie doszkalany, ale trudno w kilka miesięcy nadrobić wieloletnie zaniedbania. W efekcie mamy takie historie jak 63 fałszywie dodatnie testy w Zabrzu. To nie miało prawa się zdarzyć, ponieważ pociąga to za sobą określone konsekwencje, jak kwarantanna zdrowych osób czy co znacznie groźniejsze, zamykanie całych oddziałów w szpitalach. Jeszcze bardziej niebezpieczne są testy fałszywie ujemne, bo wtedy wypuszczamy na ulicę ludzi, którzy zakażają innych. To wszystko się bierze z nieprzygotowania personelu.

Mówi się, że jednym z najważniejszych czynników w walce z epidemią koronawirusa jest masowość wykonywanych testów. Jak ocenia pan liczbę przeprowadzanych w Polsce testów?

Tu też nie wypadamy najlepiej. Laboratoria nie wykorzystują w pełni swoich możliwości. W Niemczech wyłapuje się chorych na ogromną skalę właśnie dlatego, że mają więcej i lepiej wyposażonych laboratoriów. Zgadzam się z szacunkami moich kolegów-epidemiologów i klinicystów, którzy twierdzą, że w Polsce liczba chorych może być trzykrotnie wyższa, niż oficjalnie się podaje.

Jaką ocenę wystawiłby pan rządzącym za ich działania w walce z epidemią?

Jeżeli chodzi o działania bieżące, to moja ocena jest generalnie pozytywna. Zostały zastosowane właściwe restrykcje w działaniu przeciwepidemicznym, chociaż w niektórych szczegółach były przesadzone, jak na przykład w zakazie wstępu do lasów. Robi się też testy, choć jak mówiłem, nie tyle, ile byśmy potrzebowali. Musimy jednak pamiętać, w jakich wyjściowych warunkach te działania zostały podjęte. W poprzednich latach różne ekipy rządowe, niezależnie od ich koloru, nie podejmowały działań, które by przygotowały nas na obecną sytuację. Nie mamy właściwej infrastruktury. Więc generalnie podjęto właściwe działania, ale w oparciu o bardzo marną bazę.

Wybory to szaleństwo

A jak pan jako epidemiolog ocenia próby zorganizowania za wszelką cenę wyborów prezydenckich w formie korespondencyjnej?

Pod względem epidemicznym one po prostu nie są bezpieczne. Nie znam epidemiologa, który byłby innego zdania. Dobitnie wyraziły to w swoich opiniach i Polskie Towarzystwo Epidemiologów, i Lekarzy Chorób Zakaźnych, i członkowie naszego nieistniejącego już Zespołu Konsultacyjnego ds. Oceny Zagrożeń Biologicznych.

Na czym polegają główne niebezpieczeństwa?

Przede wszystkim tak zwane pakiety wyborcze będą przechodziły przez szereg rąk. Wiadomo, że wirus utrzymuje się na papierze 24 godziny lub dłużej. Koperty będą otwierane przez komisje. Trudno sobie wyobrazić, żeby członkowie komisji pracowali w kilkumetrowych odstępach od siebie. Żeby zapewnić im bezpieczeństwo, wszystkim trzeba by przeprowadzić testy na koronawirusa, wyposażyć w najwyższej klasy maseczki, rękawiczki, gogle, kombinezony ochronne.

Rozmawialiśmy niedawno z ratowniczką medyczną, która opowiadała, że człowiek w takim kombinezonie dosłownie ścieka potem, zdarzają się przypadki omdleń.

Poza tym trzeba coś zjeść, czy zaspokoić potrzeby fizjologiczne. Z punktu widzenia epidemiologii przeprowadzenie takich wyborów w warunkach kwitnącej epidemii jest absolutnie nieodpowiedzialne i naraża dużo ludzi na zachorowania. Statystycznie mogą też się zdarzyć tacy, którzy tego nie przeżyją. Po wyborach korespondencyjnych w Bawarii o 170 proc. wzrosła zapadalność na koronawirusa, także we Francji po pierwszej turze wyborów regionalnych nastąpił na tyle znaczny wzrost zachorowań, że odwołano drugą turę. Organizowanie wyborów w tym okresie jest szaleństwem.

Nitka kwasu rybonukleinowego rozwaliła gospodarkę

Czy w najbliższych miesiącach jesteśmy skazani na dozbrajanie się w coraz wyższej klasy maseczki?

Oczywiście, czym wyższa klasa maseczki, tym większa jej skuteczność. Ale niedawno wpadła mi w ręce praca sprzed trzech lat z jednego z najpoważniejszych czasopism naukowo-medycznych „Science”. Autorzy tej pracy przebadali zdolność przenikania wirusów grypy i SARS przez popularne maseczki. Okazało się, że można znacznie zwiększyć możliwości ochronne nawet najprostszych maseczek poprzez namoczenie ich w roztworze soli w proporcji: łyżeczka na pół szklanki wody. Następnie należy wysuszyć taką maseczkę na świeżym powietrzu. Wtedy na powierzchni maseczki utworzą się mikrokryształki soli. Przy zetknięciu z wydychanymi kropelkami aerozolu zawierającymi wirusa kryształki soli wchłaniają go i niszczą.

Obecna epidemia prędzej czy później ustąpi. Będziemy mogli odetchnąć z ulgą na dłuższy czas?

Na jak długi, tego nikt nie jest w stanie przewidzieć. Ale możemy być pewni, że to nie jest ostatnia epidemia za naszych czasów. Musimy pamiętać, że koronawirusy wykazują dużą zmienność i jest ich mnóstwo. Każdy z nas nosi w sobie pięć czy sześć z nich, co objawia się w tym, że od czasu do czasu zapadamy na katar czy lekkie zapalenie zatok. One wykazują między sobą pewne podobieństwa. Pierwszy był SARS, ale on szybko złagodniał w drodze kolejnych mutacji. Jego krewniak MERS do tej pory występuje, ale tylko na Bliskim Wschodzie. Aparat genetyczny obecnego koronawirusa jest w 75 proc. taki sam jak SARS. Jakie w nim mogą zajść mutacje, tego nie wiemy. Trzeba wiedzieć, że nawet wirus grypy może zmutować do bardzo groźnej postaci. Gdyby wirus ptasiej grypy zmutował się tak, że byłby drogą wdechową zakaźny dla człowieka, to mielibyśmy drugą hiszpankę, która w latach 1918-1920 zabiła według różnych szacunków od 50 do 100 mln ludzi, a zachorowało na nią około 500 mln ludzi, czyli jedna trzecia ówczesnej populacji świata.

Przyroda wciąż więc może być dla nas śmiertelnym zagrożeniem?

Przyroda od czasu do czasu przypomina nam, że człowiek jest tylko jej drobną cząstką. Przecież obecny koronawirus jest niczym więcej jak nitką kwasu rybonukleinowego w otoczce z glikoprotein. I taka niteczka zdołała wywalić całą gospodarkę i zagrozić cywilizacji człowieka. I to my się uważamy za panów świata?

Źródło: https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/epidemiolog-pod-wzgledem-zdrowotnym-wybory-sa-szalenstwem/lf4fkh7