Gang Olsena w amoku

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email

Gang Olsena w amoku

Nie zawracając sobie głowy możliwą logistyczną katastrofą, obóz władzy prze do korespondencyjnych wyborów w nadziei, że ograniczona frekwencja przyniesie mu łatwe zwycięstwo, które wszyscy jakoś w końcu uznają.

Jaka piękna katastrofa… Jest już pewne, że wyborów w najbliższą niedzielę nie będzie, choć jeszcze przed tygodniem liderzy PiS zapewniali, że nie ma z tym najmniejszego problemu. Zaś miesiąc temu w ogóle nie rozpatrywali opcji, że może się z tym coś zdarzyć złego. Pytanie jest tylko takie, czy Gowin z najwierniejszymi druhami uratuje im twarz, czy też rozkwaszą ją sobie o ścianę realiów. Gdyby ktoś chciał sobie uświadomić, czym skończy się próba przeprowadzenia wyborów zgodnie z ustawą z 6 kwietnia, dziś trochę danych.

Problemy logistyczno-epidemiczne

Samo korespondencyjne oddawanie głosów wydaje się bezpieczniejsze, bo skraca czas, w którym może dojść do kontaktów głosujących z postronnymi osobami. Dzieje się tak dlatego, że zostaje z głosujących zdjęty obowiązek uczestniczenia w procesie weryfikacji tożsamości po wejściu do lokalu wyborczego. Ma to jednak miejsce tylko wtedy, jeśli obowiązek ten nie zostaje przerzucony na moment kontaktu z listonoszem – w postaci legitymowania się związanego z obowiązkiem dostarczenia pakietu wyborczego do rąk własnych adresata. Jeśli obowiązku legitymowania nie ma, rodzą się spektakularne problemy polityczne – o tym dalej. Lecz nawet taka szalona ekstrawagancja nie likwiduje wszystkich problemów logistyczno-epidemicznych.

W każdym bowiem wypadku wybory korespondencyjne wydłużają czas, jaki administracja wyborcza musi poświęcić na zliczanie głosów. Jej obowiązkiem pozostanie dalej weryfikacja tożsamości głosującego, tylko już bez jego aktywnego udziału. Ten udział miał dotąd formę podejścia do jednego z ponad 100 tys. stanowisk do wydawania kart wyborczych, które są tworzone w okręgowych komisjach wyborczych przy okazji standardowych wyborów. Pod nieobecność obywatela sprawdzanie tożsamości wymaga wyszukania go w bazie danych na podstawie numeru PESEL. Wymaga też dodatkowych sposobów kontroli uczciwości tego procesu, co z kolei wiąże się z zaangażowaniem dodatkowych osób i tym samym zwiększa liczbę kontaktów międzyludzkich i czas takich spotkań. Poniższy wykres pokazuje, ile zajmie ustalenie wyników I tury wyborów, gdyby osoby, przewidziane do tego zadania przez ustawę z 6 kwietnia, pracowały z taką wydajnością jak monachijska administracja wyborcza. Po wyborach 29 marca w Monachium 250 sześcioosobowych zespołów przeliczało głosy 560 tys. wyborców przez 18 godzin, co oznacza przeliczenie 1000 głosów w trakcie ośmiu godzin pracy takiego zespołu.

Obliczony na powyższym wykresie czas pracy komisji grozi nieprzeprowadzeniem drugiej tury wyborów w konstytucyjnym terminie (14 dni). Rodzi wątpliwości, czy możliwe jest wykonywanie takiego zadania przez osoby pobierające dietę odpowiadającą zwykle nie więcej niż 20 godzinom pracy. Ustawa z 6 kwietnia daje możliwość poszerzenia składu komisji w nadzwyczajnych okolicznościach. Gdyby takie komisje miały zakończyć swoją pracę w 18 godzin, tak jak to miało miejsce w Monachium, liczba osób, o które trzeba byłoby je poszerzyć, wielokrotnie przekraczałaby ich przewidywany ustawą skład. Pokazuje to poniższy wykres.

Tak poszerzone komisje w największych miastach liczyłyby setki członków, co wymaga wcześniejszego wypracowania jakichś szczegółowych procedur i powołania struktur w obrębie komisji. To niezwykle trudne zadanie do przeprowadzenia w krótkim czasie oraz w warunkach epidemii. Do tego w świetle obowiązującego kodeksu wyborczego podział komisji na zespoły jest sprzeczny z prawem. Budzi też poważne zastrzeżenia co do uczciwości wyborów. Nic nie wskazuje na to, by rozważane były obecnie jakieś zabezpieczenia przed tworzeniem zespołów jednolitych pod kątem sympatii politycznych. Rozstrzygnięcia takiego zespołu w sprawie niekompletności pakietu wyborczego są niepodważalne i nieweryfikowalne post factum.

Nie zawracając sobie głowy możliwą logistyczną katastrofą, obóz władzy prze do korespondencyjnych wyborów w nadziei, że ograniczona frekwencja przyniesie mu łatwe zwycięstwo, które wszyscy jakoś w końcu uznają. Oba te przypuszczenia są obarczone ogromnym ryzykiem.

Kluczowym elementem uchwalonego rozwiązania jest dostarczenie pakietów wyborczych wszystkim uprawnionym do głosowania, dodatkowo w postaci druku bezadresowego. Już samo dostarczenie wszystkim takich pakietów może spowodować nieprzewidywalne zmiany zachowań wyborczych. Pokazuje to wykres, na którym przedstawiono liczby głosów oddawanych w II turze wyborów burmistrzów w bawarskich miastach. We wszystkich miastach, niezależnie od wielkości, w wyborach 2020 roku oddano o prawie jedną czwartą głosów więcej niż w poprzednich takich wyborach w roku 2014.

Nie jest wcale oczywiste, czy oznacza to rzeczywisty wzrost obywatelskiego zaangażowania. Zapewne nie ma powodów, by wykluczać taką hipotezę – w wielu wypadkach może to być ułatwienie dla wyborców. Warto jednak rozważyć także inne możliwe hipotezy:

  • Oddawanie głosów za domowników, generalnie niezainteresowanych polityką i wcześniej niegłosujących.
  • Głosowanie za osoby zameldowane pod danym adresem, przebywające poza miejscem zamieszkania.
  • Przekazywanie pakietów sąsiadom, rodzinie bądź innym osobom znanym osobiście, a bardziej zainteresowanym polityką.
  • Aktywne pozyskiwanie przez politycznie aktywnych obywateli pakietów wyborczych od osób biernych politycznie, uzasadniane deklaracjami o pomocy w oddawaniu głosu.
  • Zwiększoną presję społeczną środowisk lokalnych i zawodowych – pozytywna odpowiedź na akcję typu Go-To-Vote jest znacznie łatwiejsza w przypadku powszechnego głosowania korespondencyjnego.
  • Wykorzystanie porzuconych pakietów wyborczych celem zwielokrotnienia siły swojego głosu.

Wszystkie takie działania są szczególnie łatwe w przypadku rozwiązań przyjętych w ustawie z 6 kwietnia. Pakiety jako druki bezadresowe nie są zabezpieczone przed przywłaszczeniem – czy to celowym, czy przypadkowym. Jedynym przewidzianym sposobem weryfikacji tożsamości głosującego jest podanie numeru PESEL – tymczasem numer taki jest powszechnie dostępny w internetowych księgach wieczystych. Zdobycie takich numerów wszystkich współlokatorów-współwłaścicieli wymaga kilkuminutowych zabiegów. Kompletnymi spisami wyborców, wraz z ich numerami PESEL, dysponują władze lokalne. W odróżnieniu od tradycyjnych kart do głosowania pakiety nie są zasobem o ściśle limitowanym dostępie. Otwiera to drogę do „wyścigu zbrojeń” na polu oszustw wyborczych. W szczególności warto zwrócić uwagę, że istotnym samousprawiedliwieniem dla takich działań jest poczucie krzywdy i bycie stroną w rywalizacji prowadzonej przeciw siłom politycznym oskarżanym o nadużywanie władzy.

Znaczenie takich zachowań w realiach polskich wyborów uzmysławia kolejny wykres. Pokazano na nim uczestników obu tur głosowania w wyborach prezydenckich 2015 – z uwzględnieniem tych, którzy nie brali udziału w głosowaniu, choć byli do tego uprawnieni. Wynik Andrzeja Dudy w II turze rozbito w ten sposób, by pokazać jego przewagę nad Bronisławem Komorowskim – margines zwycięstwa.

Dodatkowe dwa miliony wyborców zdecydowało się wziąć udział w wyborach w ciągu dwóch tygodni dzielących pierwszą turę od drugiej. Była to liczba czterokrotnie większa od marginesu zwycięstwa. Zjawisko takie nie występowało w wyborach prezydenckich 2010 roku. To pokazuje, jak nieprzewidywalne są zachowania wyborców.

Jeszcze ważniejsze jest uzmysłowienie sobie, że 13,7 mln wyborców, którzy nie głosowali w 2015 roku, w warunkach ustawy z 6 kwietnia otrzymałoby do skrzynek pakiety wyborcze. Jeden na dwadzieścia sześć z tych głosów wystarczyłby, żeby zmienić zwycięzcę tamtych wyborów. Pojawia się pytanie, co stanie się z tymi milionami głosów. I czy ktokolwiek pogodzi się z wynikiem rywalizacji prowadzonej w tak nieprzewidywalnych warunkach? Niezależnie kto wygra, znajdzie on dziesiątki uzasadnień podważających formalny wynik. Nie da się ukryć, że wiele z tych uzasadnień może być przekonujących.

Emocje rosną

Źle zaplanowane wybory wcale nie muszą zamknąć okresu szczególnego politycznego wzmożenia, jakim jest kampania wyborcza. Mogą podnieść takie wzmożenie na znacznie wyższy poziom. Emocje towarzyszące porażce w rywalizacji są zawsze mniejsze od tych, które są wywoływane przez poczucie i niesprawiedliwości wywoływane przez złamanie obowiązujących reguł.

Warto pamiętać, że kolejny odcinek po „Gangu Olsena w amoku” miał tytuł „Ostatni skok Gangu Olsena”.

Źródło: https://www.tygodnikpowszechny.pl/gang-olsena-w-amoku-163282?fbclid=IwAR0c0lp00raECphfKCLgnuUdywfrFh36I4hHHDWk-PtTbUMxvaVnI_FMZPE